Zakurzona półka na stare winylowe płyty. Ukochany fotel z poprzedniej epoki, z wystającymi sprężynami, w kącie pokoju. Drewniana huśtawka w tajemniczym ogrodzie babci. Miejsce magiczne. Miejsce zaklęte czarem zapomnienia, spowite szalem tajemnicy, miejsce promieniujące obietnicą. Zaciekawieni? A więc posłuchajcie...
Blog > Komentarze do wpisu

W zwierciadle, niejasno

Dziś chciałabym Was zabrać w drogę. Dokąd? A czy to istotne? Liczy się pęd w piersi, wiatr we włosach i niesamowite przeżycia. Bo co chcielibyście na stare lata opowiadać wnukom: że byliście najwierniejszymi fanami The Suits czy że przemierzyliście autostopem pół świata, poznając niebanalnych ludzi i przeżywając niebanalne przygody? No, właśnie. Więc dziś o tym, co oprócz niespełnionego uczucia względem Harveya Spectera nas łączy.

 

Problem zaczyna się już w dzieciństwie, kiedy tak naprawdę wciąż jeszcze nie wiemy, kim jesteśmy. Kierujemy się tylko wskazówkami, a za te najczęściej służą nam oczy innych, tak naprawdę tworzymy siebie poprzez pryzmat światopoglądu i odczuć innych.

To już w Starożytności ktoś stwierdził, że nie ma człowieka bez innych; że człowiek nie istnieje samoistnie, bo zawsze przywdziewa maskę, dla każdego inną, że nie ma tego, co moglibyśmy dziś nazwać matrycą jestestwa człowieka, bo ten zawsze przegląda się w oczach innych ludzi i widzi siebie przez ich pryzmat.

Tak, zdecydowanie zgadzam się, że w pewnym, a może nawet znacznym, stopniu tworzymy siebie na podstawie mrzonek rodziców, dziadków czy sąsiadów na temat tego, kim powinniśmy być.

A chodzi nam wszystkim przecież o co innego. Albo może to tylko mi się tak naiwnie wydaje: każdy dąży przecież do odnalezienia tego, co w nim / niej i najlepsze, i wspaniałe, i potężne. 

Czasem jednak nie jest to takie oczywiste. Gubimy się, robimy coś dla pieniędzy, dla innych, z braku lub nadmiaru czasu. 

Czasem widzimy to tylko jak w zwierciadle, niejasno.

Sęk w tym, byśmy kiedyś umieli to odnaleźć, wsiąść w samochód i pojechać drogą 66 przez Stany albo kupić dom albo zacząć śpiewać.

To ostatnie co prawda chyba mi nie grozi (ludzkość może odetchnąć z ulgą), ale zaczynam się zastanawiać, co jest największym marzeniem mojego jestestwa. Macie przygotowane swoje bucket list? Ciekawe, że w języku polskim ciężko o dobry odpowiednik angielskiego wyrażenia. Czego chcielibyście dokonać przed śmiercią i dlaczego?

Żeby zaistnieć?

Żeby zostać zapamiętanym/ą?

Co musiałoby się stać, by móc z ręką na sercu powiedzieć: teraz mogę już umrzeć? Nadszedł mój czas, świecie, bywaj?

Kiedy można stwierdzić, że przeżyło się już dość?...

Nie wiem. 

Z tym pytaniem, i z tymi utworami, Was zostawiam w kolejny wrześniowy wieczór.

Ciao,

alfa

czwartek, 25 września 2014, alfa999

Polecane wpisy